28 sierpnia 2009

Volkswagen BlueSport

Niedawno skończyły się Lekkoatletyczne Mistrzostwa Świata w Berlinie, w której polski zespół odniósł oszałamiający sukces, za co cały zespół redakcyjny Koła Zamachowego (czyli ja i kotka Modena) naszym sportowcom serdecznie dziękuje! Życzymy dalszych sukcesów!

Osobiście uważam zawody lekkoatletyczne za niewyobrażalnie nudne. Same nazwy dyscyplin przyprawiają mnie o chęć zgłoszenia się dobrowolnie do testowania nowej metody lewatywy: pchnięcie kulą, trójskok, dziesięciobój... Nie rozumiem, jak można fascynować się oglądaniem drobniutkich zawodniczek bułgarskich rzucających młotem. Ktokolwiek twierdzi, iż oglądanie 50km chodu jest ciekawym zajęciem powinien zostać poddany natychmiastowej i obowiązkowej terapii rażenia prądem elektrycznym i zimnych kąpieli.

W tym momencie powinienem napisać, iż w przeciwieństwie do lekkoatletycznych zawodów, transmisje telewizyjne z ... są niezwykle ciekawe... Ale niestety nie jestem w stanie niczego takiego powiedzieć. Oglądanie meczu Kszo Ostrowiec vs. Szombierki Bytom powinno być karane chłostą. Pasjonowanie się latającym Adamem jest nudniejsze niż czytanie Panoramy Firm przez Mateusza Damięckiego... Niestety sporty motorowe też zaliczam do tej kategorii, mimo iż śmiem się podpisywać pod tymi wypocinami mianem Petrolhead. Formuła 1, rajdy, etc. - to jest pasjonujące, ale tylko dla uczestników... oglądanie tego jest tak ciekawe, jak zbieranie znaczków.

Ostatnio jednak uwagę całego świata przykuła biegaczka z RPA, która wygrała bieg na 800 metrów. Włodarze mistrzostw stwierdzili, iż coś jest nie na miejscu - właśnie dlatego, że podejrzewają, że coś jest na miejscu czegoś innego. Podejrzewają tą sympatyczną panią, iż jest szczęśliwą posiadaczką siusiaka. Najciekawsze jest to, że lekarze zlecili specjalistyczne badania, mające ustalić płeć... Bardzo mnie ciekawi, jak takie badania wyglądają? Czy karzą jej wymieniać, jakie kolory rozróżnia (jak więcej niż 5 to na pewno jest kobietą)? Czy wyślą ją może do centrum handlowego i zadaniem kupna spodni i jak wróci po 45 minutach z za krótkimi spodniami, hamburgerem i Twoim Weekendem to uznają, iż jest mężczyzną i zabiorą jej medal?

Wydarzenia powyższe zbiegły się w czasie z prezentacją przez Volkswagena konceptu BlueSport. Jest to dwumiejscowy roadster, z centralnie umieszczonym silnikiem, składanym dachem i tylnym napędem - czyli doskonałą mieszanką wybuchową. Samochodzik ten ma być dostępny w sprzedaży od 2012 i będzie rywalizował między innymi z Mazdą MX5, kosztując trochę ponad 100 tyś. PLN.

Jak zwykle mam problem z wyglądem tego pojazdu. Przód przypomina trochę sytuację z tą biegaczką - niby wszystko ok, ale coś wydaje się nie na miejscu. Widać, iż ten samochód za bardzo się stara wyglądać ultra sportowo (trochę przypomina Audi R8). Niby wygląda groźnie, ale można podejrzewać, iż zamiast końskiego przyrodzenia pod spodem kryje się coś całkiem innego - mniej sportowego i raczej nasuwające myśli o pani kucykowej. Nie lubię przebierańców. Nie lubię, jak samochody są stylizowane na coś, czym w rzeczywistości nie są i nigdy nie będą. Nie lubię, gdy biegaczka okazuje się biegaczem, a samochód sportowy na prawdę jest miękką i wolną zabawką! Ale poczekajmy na wyniki badań, poczekajmy na premierę BlueSport'a - może moje obawy są przedwczesne i wyjdzie z tego fajny sportowy pojazd, a pani Caster Semenya okaże się po prostu bardzo umięśnioną kobietą...

20 sierpnia 2009

Bentley Mulsanne


Profesor doktor habilitowany Maciej Giertych (ojciec wiecznie nam panującego Ministra Wszechedukacji Propolskiej Romana) twierdzi, iż dinozaury żyły wśród nas. Twierdzenia tego, nie wygłosił na spotkaniu Koła Gospodyń Wiejskich w Szczawryżu, ani na zjeździe Młodzieży Wszechpolskiej - gdzie mogłoby odbyć się bez większego echa... o nie! Wielmożny profesor w roku 2008 raczył wygłosić tę szokującą tezę w Parlamencie Europejskim - miejscu, w którym gromadzą się mniej lub bardziej światli posłowie ze wszystkich krajów Europy.

Człowiek, który tak twierdzi musi w nieskończenie bardziej ciekawy sposób niż ja pojmować świat. Dla niego kreskówka Między nami jaskiniowcami (Meet the Flinstones) to jest film dokumentarny czytany przez Krystynę Czubównę. Park Jurajski jest współczesną opowieścią o życiu naszych wczesnych przodków, którzy wychodząc z jaskini na zakupy mogli być w każdej chwili pożarci przez sympatycznego, acz bardzo głodnego Dinusia.

Do przypomnienia sobie tej ciekawej teorii nakłoniła mnie dzisiejsza premiera nowego Bentley'a Mulsanne. Myśl moja lotna i niesforna popłynęła w kierunku tezy głoszonej przez moherowo upstrzonego Darwina współczesnych czasów z kilku powodów. Po pierwsze - Bentley jest swojego rodzaju dinozaurem rynku motoryzacyjnego. I to nie przez swoją wielkość, ale przez fakt, iż Mulsanne jest pierwszym samochodem zaprojektowanym przez Bentley'a od 80 lat. W świecie motoryzacji to jest era porównywalna do późnego triasu, czyli epoki w której pojawiły się dinozaury.

Drugim powodem ciepłych myśli na temat praojca Głównego Skauta Młodzieży Wszechpolskiej Romana G. są rozmiary tego wielkiego gada. Mulsanne mierzy niecałe sześć metrów długości (około 30cm więcej niż Arnage, który małym pojazdem nie był) i waży pewnie koło trzystu ton. Aby ten dinozaur nie został dopadnięty przez dzielnego Szewczyka Dratewkę ma on bardzo dzielne serce - 6,75 litra, wi-ejt. Produkuje on około 550 prehistorycznych koni łupanych, a moment obrotowy w okolicy 1000 niutonomentrów może zatrzymać wędrujące lodowce.

Ostatnim powodem nawiązania do kuzynostwa smoka wawelskiego jest wygląd tego samochodu. Boczna linia jest masywna, posiada małe okna i wielkie felgi - czyli wszystko to co powinno charakteryzować super-limuzynę. Tylne światła wzięte prosto z modelu GT wyglądają trochę tanio. Za to przód wygląda dziwacznie. Wygląda jak pyszczek słodkiego, małego dinozaurka, który przez przypadek nadepnął na mieszkańca Krakowa i się bardzo z tego powodu wstydzi.

Czy chcieli by Państwo jeździć samochodem, którego przód wygląda jak pysk psa, który został skarcony za to, że zgwałcił nogę teściowej? Który wygląda, jakby Ciągle przepraszał, że zajmuje tyle miejsca, pali tyle benzyny i jest tak wulgarnie luksusowy? Siedząc na skórzanych siedzeniach wielkości kanapy, rozkoszując się widokiem drewna i chromu oraz dźwiękiem i mocą tego silnika - miałbym to w nosie! Niech przeprasza, przynajmniej ja nie muszę!

14 sierpnia 2009

Ferrari 458 Italia


Siedzę sobie na tarasie, pije zimne piwo, palę papierosy, słucham Franka Sinatry i rozmyślam. Czyż nie żyjemy teraz w pięknych czasach? Czyż nie jest tak, że każdego dnia wstajemy z nową werwą do działań, nie grożą nam jakieś straszne zarazy ani problemy?

Oczywiście, jest kryzys, świńska grypa sprawi, iż niedługo wszystkim nam wyrosną zakręcone ogonki i będziemy pozdrawiać się krótkim "oink", a w różnych bezsensownych wojnach giną ludzie. Ale bądźmy szczerzy - czy nas to rzeczywiście dotyczy? Czy ty, drogi czytelniku, budzisz się codziennie rano z myślą, że za 45 minut skończą się światowe zapasy ropy, a żona Ci się ubierze w gustowną burkę?

Raczej nie, raczej patrzymy w przyszłość, myśląc sobie, że jeżeli teraz jest tak źle, jak próbują nam to wcisnąć media, to jak się to skończy, to dopiero będziemy hulać! Całe szczęście, że są na świecie marki samochodów, które nie poddają się trendom robienia samochodów na trzech kółkach, napędzanych śmiechem dzieci i wydalających tylko pyszne malinki. Są jeszcze producenci, którzy mimo nagonki kryzysowej mają werwę i pokazują coś nowego!

Moje przemyślenia koincydują (czy jest takie słowo?) z absolutnym przełomem na polskim rynku motoryzacyjnym, najważniejszym przejawem, że idzie ku dobremu od czasu strajków robotniczych, Okrągłego Stołu i pierwszego McDonalda w Polsce. W Warszawie, w dawnej siedzibie głównej PZPR zostanie za kilka miesięcy otwarty oficjalny salon Ferrari!

Myślicie, że to nie pójdzie? Wasz pesymizm bierze się pewnie z tego, że w Glinojecku, Olkuszu i nie przymierzając Warszawie raczej rzadko widuje się samochody spod znaku wkurzonego ogiera. Ale nie wynika to z tego, iż ludzie nie mają na to pieniędzy, o nie! Dżentelmen pragnący posiadać taki samochód nie będzie jeździł po niego do Niemiec, walczył z urzędami, homologacją oraz tłumaczeniem dokumentów. Teraz może wysłać żonę na kawę do Bliklego, a samemu pójść na piechotkę do Domu Partii i elegancko kupić nowiuteńkie Ferrari. Na gwarancji, płatne w złotówkach, pewnie z możliwością leasingu. Czy widzicie już te dziesiątki czerwonych bolidów mknących ulicami waszego miasta?

Jednym z tych bolidów może będzie prezentowane Ferrari 458 Italia. Samochód jest niewyobrażalnie piękny - od przodu wygląda jak zaczajona do ataku kobra, a z tyłu wygląda jak obrazek z pornograficznego filmu science fiction.

Ten post-kryzysowy pojazd napędzany będzie nowym silnikiem 4,5 V8, który będzie produkował 550, bardzo nieekologicznych koników. Ceny będą oscylowały w granicach 840 tyś. złotych, co nawet doliczając bandycką cenę za kawę u Bliklego nie jest przesadzone, szczególnie za samochód, który ma o wiele większe zadanie, niźli tylko przemieszczać delikwenta z punktu A do punktu B w bardzo krótkim czasie! O nie, to jest samochód, który musi dawać nadzieję ludziom, musi zmuszać ich wykrzywione świńską grypą twarze do uśmiechu, musi powodować, że dziewczyna się przytuli do chłopaka i szepnie mu do ucha: Kochanie, kupisz mi kiedyś taki? I wtedy Ci młodzi ludzie wezmą się do roboty, zażegnają kryzys, skończą wojny, wymyślą szczepionkę na wszystkie grypy parzystokopytne i kiedyś tej dziewczynie taki kupią! Nadchodzą wspaniałe czasy!

11 sierpnia 2009

Aston Martin Cygnet

Oglądając nowości proponowane przez producentów często zachodzę w głowie - co autor miał na myśli? Czy projektanci przeżuli już tyle ołówków myśląc nad nowymi pojazdami, że ołów im się odkłada w szarych komórkach? Czy ludzie od marketingu już wypili tyle szampana na premierach nowych samochodów i pokazach dziennikarskich, że się co dwie godziny moczą i mamroczą coś o nieszczęśliwym dzieciństwie? Czy szefowie koncernów samochodowych już wciągnęli tyle koki ze swoich platynowych kart kredytowych, że potrafią już tylko sikać na siedząco?

Ludzie, którzy wymyślili dzisiejszy pojazd cierpią niewątpliwie na silne zakłócenia percepcji rzeczywistości. Czyli mają psychozę. Są wariatami. Są to ludzie, którym wydaje się, iż mogą stworzyć samochód przypominający jajko strusia, nakleić na niego emblemat jednej z najstarszych i najbardziej wyrafinowanych marek samochodowych i ludzie to kupią. Aston Martin, znany z Vanquish'a, DB7, V8 oraz przede wszystkim przepięknego DB9 we współpracy z Toyot'ą zaprezentował model Cygnet, który jest oparty na sprytnym japońskim maluchu - Toyocie IQ.

Z zewnątrz samochód będzie malutki, ale za to będzie posiadał w miarę przestronne wnętrze, wyłożone drogą skórą i prawdziwym drewnem. Do napędu użyto silnik, który w prawdziwym Astonie co najwyżej napędzałby wycieraczki: 3-cylindrowego wynalazku żółciutkich inżynierów. Jeżeli już zacieracie ręce na myśl, że będziecie mogli stać się posiadaczem nowiutkiego Astona Martina za niewielkie pieniądze, muszę was zmartwić... Aby poczuć się jak Dżejms Bond nie wystarczą zaskórniaki zbierane na wymarzoną Dacię Logan - Cygnet będzie sprzedawany tylko i wyłącznie posiadaczom prawdziwych Astonów... To tak jakby w domu uciech dla mężczyzn klientom powiedzieć: pracuje u nas Angelina Jolie, możecie ją mieć za na prawdę niewielką cenę, ale tylko pod jednym warunkiem: że waszą żoną jest Cameron Diaz.

Spece od marketingu Astona twierdzą, iż 30% ich użytkowników posiada mały samochód na miasto i to oni będą zainteresowani tym samochodem. Bzdura! Po co posiadacz Vanquisha miałby kupować malutkiego Astonka? Jak potrzebuje samochodu, żeby pojechać do kiosku po Gościa Niedzielnego to jeździ Pandą, Smartem albo innym wozidłem, jak potrzebuje Astona to wsiada do swojej fał-dwunastki. Po co miałby siedzieć w czymś co przypomina chińską podróbkę?

Bardzo bym chciał, aby Cygnet trafił na rynek! Bardzo bym chciał nie mieć racji, chciałbym, żeby każdy posiadacz DB9 kupił ten samochodzik dla swoich ślicznych i rozpieszczonych córek. Chciałbym, żeby na rynek wtórny trafiło zylion tych Astonów! Ten samochód daje mi i mi podobnym nierobom nadzieję, iż kiedyś w życiu będę posiadaczem prawdziwego Astona Martina! I to jest wielki problem dla tej marki: ja bym nie chciał, aby osoby takie jak ja jeździły Astonem! Pozostawmy to szpiegom i gwiazdom!

8 sierpnia 2009

Nissan Leaf

Czy wy też zostaliście pożarci przez modę na Crocsy? Tym wśród was, którzy ostatnie lata spędzili w jaskini, tłumaczę: Crocsy to są plastikowe klapko-buty, dostępne w różnych śmiesznych kolorach i ponoć bardzo wygodne. Niby nic wspaniałego, ale buty te zrobiły olbrzymią karierę; miał je każdy: aktorzy, modelki, gwiazdy rocka no i oczywiście Wielki Prezydent Dżordż Dablju. Na całym świecie sprzedał się zyliard par, firma zarobiła kwadrylon dolarów i z hukiem weszła na giełdę w Nowym Jorku. Amerykański sen się spełnił! Ale jest pewien problem: Crocsy są praktycznie niezniszczalne... a to zawsze dla firmy oznacza raczej złe wiadomości. W ostatnim roku sprzedaż tych dziwolągów drastycznie spadła, a firma straciła ok. 190 mln baksów. Każdy, kto czuł potrzebę posiadania plastikowych butów w fajnym kolorze już je miał. Cała (zdrowa na umyśle) reszta nadal nie odczuwała takiej potrzeby... Buty się nie psuły i nie miał kto ich kupować... Koniec opowieści.

Producenci samochodów też znają tę historię. Coś co się nie psuje lub jest zbyt doskonałe jest problemem dla firmy. Więc zamiast dopracowywać samochody napędzane paliwami płynnymi, aby się rzadziej psuły i mniej paliły, wymyśla się nowe sposoby napędzania takiego samochodu. Najczęściej oznacza to wielkie kłopoty... I proszę mi nie wmawiać, że kiedyś to się robiło samochody, że ho ho... Panie, tym Mercem jeżdże już 40 lat, zrobiłem 8 milionów kilometrów i nawet się żarówka nie przepaliła! Bzdury! Jak ktoś wam opowiada takie farmazony, to wydłubcie mu lewe oko.

Nowoczesne samochody są bardziej dopracowane, mniej awaryjne i bardziej wytrzymałe niż te sprzed dwudziestu lat. Czym wolelibyście pojechać do Ciechocinka: 17-letnim Passatem "niedozajeżdżeniapanie", czy może takim prosto z salonu? A do Pietropawłowska? Dla mnie odpowiedź jest prosta!

Dlatego wymyśla się samochody elektryczne, gdyż one są na początku swojej ewolucji i im się więcej wybacza. Można eksperymentować, można znowu wzywać co 5000 km do serwisu i wypuszczać nowe wersje co 3 miesiące, twierdząc, iż stara może w każdej chwili wybuchnąć i żywcem spalić twojego jamnika.

Nissan idąc tym tropem przedstawia model Leaf, który jest 5-drzwiowym hatchbackiem napędzanym energią elektryczną. Silniczek produkuje ok. 120km i całkiem pokaźny moment obrotowy dostępny od ręki (niewątpliwa zaleta silników elektrycznych). Samochód ma oszałamiający zasięg ok. 160km, pełne ładowanie zajmuje szokujące osiem godzin!
Wyobraź sobie, że na imprezie w Warszawie poznałeś niezwykle urodziwą Lubliniankę. Z centrum jedziesz na przedmieścia do swojej ekologicznej posiadłości napędzanej gnojówką i łzami bobrów. Spędzacie uroczą noc, ale ty przecież wieczorem nie podłączyłeś swojego Liścia do gniazdka, bo ci się bardzo spieszyło do zapasów łóżkowych z nowo poznaną białogłową. Po zjedzeniu śniadania w łóżku, ona ubrana tylko w twoją koszulę, zalotnie pyta: Złociutki, podwieziesz mnie do domu? Chce z Tobą spędzić trochę czasu, pociąg jedzie 3 godziny, a to tylko 165km! Bach, bum, ciach... budzisz się spocony w nocy, kolejny koszmar posiadacza samochodu elektrycznego wyrwał Cię z objęć snu... Ja dziękuje za zasięg 160km bez możliwości zatankowania w 3 minuty...

Nie sądzę, aby Leaf był kiedykolwiek dostępny w Polsce. Jeżeli tak, to: błagam, nie kupujcie go! Nie dajcie się robić w balona! Jeżeli chcecie ratować przyrodę to posadźcie drzewo, nie myjcie się przez tydzień i zjedzcie krowę (produkują CO2 w dużych ilościach). Samochodem elektrycznym nic nie uratujecie: w Polsce około 3% energii elektrycznej pochodzi ze źródeł odnawialnych - cała reszta jest wesoło buzującym ogniem piekielnym z węgla lub gazu. I tam nie ma nowoczesnych katalizatorów i filtrów cząstek stałych, wszystko idzie w chmurki! Więc podłączając swojego liścia na 8 godzin do sieci nie ratujesz lasów Amazonki ani jenotów z puszczy Białowieskiej, a jedynie ograniczasz swój świat do średnicy 160kilometrów... A tam dalej może być tak pięknie!

4 sierpnia 2009

Nowa Calibra


Nadchodzi nowa era. Opel zamierza w ciągu kilu lat wprowadzić do sprzedaży samochód będący duchowym następcą nieśmiertelnej Calibry. To jest bardzo dobra wiadomość - już za kilkanaście lat pod każdą prowincjonalną dyskoteką będą stały rządki pięknie wypolerowanych "Kali" z naklejkami na tylnej szybie informującymi, iż właściciel został dotknięty przez pioniera (The Pioneer Touch).

Nie wiem czy Państwo zauważyliście, ale każda Calibra, którą się widuje na ulicach miast i miasteczek, od Bugu po Odrę, od morza po Tatry - jedzie bokiem. Ludzkości nie jest znana Kalibra, która nie byłaby czterośladem.

Każda jedna jest wynikiem nieśmiertelnej formuły alchemicznej, świętego Graala ludowych sztachetotek muzycznych, twierdzenia Pitagorasa dla wyżelowanych: Lans = 1/2 rozbitego Opla Calibra + 1/4 kiosku Ruchu+ 1/4 wiaty przystankowej + nalepka.

Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie nabijam się ze starych samochodów (sam jestem posiadaczem 12-letniego japońca i 16-letniego yankesa). Nie rozumiem po prostu idei kupowania samochodu, który każdy zakręt bierze bokiem, nawet jak stoi w miejscu... Nie rozumiem, dlaczego samochód musi brać nawet każdą prostą bokiem, bo panu Mieciowi w czasie spawania się elektroda omsknęła.

Więc dzieci obecnych karków i ścigantów w strojach sportowych już mogą zacierać ręce. Nowa Calibra (nie będzie się najprawdopodobniej tak nazywała) będzie oparta na płycie podłogowej nowej Astry, ale stylizacją będzie próbowała udawać coupe na bazie świetnej i pięknej Insignii. Silniczki będą od 150 do 250 koni, zarówno na benzyne, jak i pędzone z frytkownicy.

Przez pierwsze kilka lat będzie to pewnie bardzo fajne coupe, rywalizujące z Scirocco i tym podobnymi. Znając jednak przywiązanie do tradycji polskiej młodzieży, po kilku latach stanie się klasykiem tuningu naklejanego, pogromcą dróg lokalnych i gminnych, rozświetlaczem ciemnogrodu (za pomocą diód i stroboskopów) oraz magnesem na dziołchy blaszanopędne - stanie się towarem niedostępnym dla normalnego człowieka, który chce fajny samochód, ale go nie stać na salonówkę. Nie wiem jak wy - ale ja już zaczynam zbierać na nową Calibrę... Chyba przestanę chodzić do fryziera - zapuszczę włosy i będę oszczędzał na żelu!

30 lipca 2009

Skoda Yeti a sprawa bejbionbord



Czy ktoś może mi wytłumaczyć, w jakim celu świeżo ugotowani rodzice naklejają na swoje samochody obleśne trójkątne naklejki, informujące o tym, że na pokładzie znajduje się maluch lub też inne bejbe. Czy jest to rodzaj chwalenia się faktem, iż w rodzinie właściciela tego pojazdu działają wszystkie małe wojowniki, z których jeden bez większego trudu pokonał defensywę wędrującego jaja i po 9 miesiącach stał się prawdziwym człowiekiem (wprawdzie trochę mniejszym i zdecydowanie bardziej wrzeszczącym niż przyjęte normy ludzi, z którymi chodzę na piwo)?

Czy może jest to swego rodzaju ostrzeżenie i prośba o większą uwagę, żeby przypadkiem nie uszkodzić delikatnego ciałka? Jeżeli tak, to jest to absurd podwójnej rangi! Po pierwsze kierowca samochodu, który ma przywalić w samochód młodego rodzica nie będzie ścibolić oczkami, czy przypadkiem na samochodzie nie ma naklejki sponsorowanej przez Pampersa - on nie zauważył całego samochodu!
Po drugie: sama prośba o uważanie jest w swojej istocie bez sensu. Czy idąc ulicą i będąc w miarę trzeźwym można nie uważać? Jak się zostanie raz poproszonym przez mamę, żeby uważać na ulicy, to człowiek rozsądny raczej uważa cały czas, do końca życia. Chyba, że mama poprosi go żeby przestał uważać! Jak można kogoś prosić, żeby uważał i się nie potknął? Czy ludzkości znana jest osoba, która potknęła się świadomie i na własne życzenie?

Jeżeli ktoś wie po co są te naklejki - śmiało, czekam na informację!

Ten przydługi wstęp miał mnie jakoś doprowadzić to dzisiejszego pojazdu, który niebawem wejdzie na polski rynek - Skoda Yeti, ale niestety jakoś nie mogę go powiązać z dzieciakami. To nie jest samochód, którego właściciel by sobie nakleił taką naklejkę! Wydaje mi się, że ten fajny samochodzik 4x4 będą kupowali ludzie, którzy wiedzą, iż jest to zaklinaniem rzeczywistości, a na pewno nie muszą się popisywać znajomością naprotechnologicznych działań voodoo - czyli kalendarzyka małżeńskiego.

Skoda Yeti wygląda uroczo i najprawdopodobniej będzie stosunkowo tania: od około 50cośtam tyś. za 1.2TSI do lekko ponad 100 tyś. za najlepiej wyposażoną 170-konną wersję 2.0 TDI. Trochę mogą przeszkadzać tylne światła zapożyczone z nieudacznika z rodziny VW - czyli Fox'a (ktoś w ogóle pamięta ten samochód - do zeszłego roku był w ofercie w Polsce, ale nikt nie był na tyle otumaniony, żeby go kupić) oraz niepotrzebnie okrągłe i widoczne światła przeciwmgielne, ale generalnie jest to samochód, który jako jeden z niewielu rzeczywiście emanuje młodzieńczością oraz propagowaniem aktywnego trybu życia. A znając przy okazji politykę Skoda Auto Polska Yeti będzie dobrze wyposażony, a opcje będą stosunkowo tanie.

Reasumując dwa wątki, których mimo karkołomnego akapitu nie udało mi się połączyć - naklejki: nie, Yeti: tak!

27 lipca 2009

Ssang Yong C200

Pamiętacie Ssang Yonga Rodiusa? Samochód został wybrany Najbrzydszym Samochodem Świata kilka lat temu... dlatego, że był najbrzydszym samochodem świata. Osobnik, który go zaprojektował musiał popełnić seppuku...
Wiecie, jak doszło do wyprodukowania tego samochodu? Na zarządzie firmy wymyślono, iż wyprodukują 7 miejscowy pojazd, zawołali więc projektanta, dali mu pracownie w najdalszym miejscu biurowca i kazali projektować... Był bardzo pilny, wziął piórko w swoje małe żołte rączki i zaczął projektować. Na początku narysował bryłe - prosta, finezyjna, bez szaleństwa. Potem wnętrze - funkcjonalne i proste. Zadowolny spojrzał na swoje dzieło... ale nikt z zarządu do niego nie przyszedł. Zapomnieli o nim. Będąc bardzo pracowitym projektantem, nie umiał siedzieć bezczynnie w swojej samotni, więc zaczął przeprojektowywać Rodiusa. Tam postawił kreskę, tu dodał wygięcie, wnętrze też pozmieniał. W końcu zszedł z tego świata, zapomniany i w objęciach szaleństwa... znaleźli go dopiero po smrodzie rozkładającego się trupa... Zobaczyli, że to co zaprojektował nim przeniósł się na łono Abrahama jest straszliwe - tak, tak, oni to widzieli - ale z szacunku stwierdzili, że poprodukują to kilka latek, może nikt nie zauważy. Tylko takie wytłumaczenie tego pojazdu jest możliwe - w inne nie może uwierzyć nikt, kto jest szczęśliwym posiadaczem pary oczu.
Jechałem kiedyś Rodiusem - rzeczywiście jest dosyć przestronny i wygodny w środku. Ale to nie może być żadnym wytłumaczeniem. To tak, jakby zamiast mieszkania w Warszawie kupić stodołę w Archangelsku - bo jest przestronna... Nie można nie zwracać uwagi na to, co jest na zewnątrz. Nie ożenisz się z najbardziej wesołą i sympatyczną kobietą, jaką spotkałeś w życiu jeżeli wygląda jak Jarosław Kaczyński...

Po niefortunnym wybryku z martwym projektantem, koreańczycy postanowili zaufać żywym ludziom i to najlepszym specjalistom z tej branży - firmie Giugiaro. Efektem ich ciężkich prac jest samochód o ekscytującej nazwie C200, który w przyszłym roku na być dostępny w sprzedaży. Ma to być SUV, który konkurować ma z Nissanem Kaszakiem (jakoś tak, nie będę odpalał dr. googla żeby to sprawdzić) i Toyotą RAV4. Włochom udało się osiągnąć jeden cel - nie jest tak brzydki jak Rodius. Nie, absolutnie nie można tego powiedzieć! Właściwie to nie można nic na ten temat powiedzieć, gdyż C200 jest tak przeraźliwie nudny, że na ulicy zauważysz go pewnie dopiero, jak w niego przywalisz... Wolałem tego dziwoląga - na którego zawsze się zwraca uwagę, niż na ten przezroczysty, typowy i nudny samochód, jakim niewątpliwie będzie C200. Chociaż jest to takie samo stwierdzenie, jak to, że wolałbym dostać sraczkę niż zatwardzenie. Kupcie Kaszaka!

23 lipca 2009

Porsche Panamera(k)



Czy czas szalejącego kryzysu gospodarczego, deflacji i destabilizacji, malejących pekabe i osłabiającej się koniunktury jest dobrym pomysłem dla firmy, żeby stworzyć coś totalnie nowego, coś co ni w ząb nie pasuje do image'u przedsiębiorstwa i w czym dana firma nie ma specjalnego doświadczenia? Dwa przykłady ostatnio wskazują, iż to może być receptą na przetrwanie: sieć komórkowa Ojca Wielkiego Simlocka wRodzinie i właśnie Porsche Panamera.
Zacznę może małą dygresją na temat Ojca Ogrzanego z Wnętrza Ziemi - człowiek ma łeb na karku. Zobaczył, że jego mejn target ma problem bycia postrzeganym, jako zacofany i lekko pokryty najwyższej jakości moherem, więc dał im produkt, który ma ich odmłodzić, który ma pokazać, że oto po drugiej stronie radjomaryjnych odbiorników siedzą osoby, dla których najnowsze zdobycze techniki są nieobce. Zachęcone do wzięcia udziału w dyskusji z Ojcem Mikrofoniastym Bosym, będą robiły memory find i wszystko jasne. Może datki się skróciły, może reklamodawcy nie walą drzwiami i oknami, a wszechdiabeł Tusk urkócił możliwość pozyskania pieniędzy od wrogiej Unii - ale wciskając babciom komórki można się odbić od dna i poszybować w niebiosa!
Tym niezgrabnym wstępem chciałem przejść do samochodu Prosche Panamera. Potomkowie Wielkiego Ferdynanda postanowili, iż byłoby dobrym pomysłem stworzyć samochód, który wyglądałby jak Porsche, jeździł jak Porsche, kosztował jak dwa Prosche, a przy okazji miał czworo drzwi i bagażnik na więcej niż jedną parę majtek. Już raz im się ten myk udał - Cayenne sprzedaje się jak świeże bułeczki.
Panamera jest brzydka. Samochód jest wulgarny, sprawia wrażenie zmontowanego z dwóch różnych pojazdów. Osiągi robią wrażenie (od 400 do ponad 500 koni, silniki wi-ejt), ponoć jest całkiem wygodny i przestronny. Ale nigdy nie osiągnie poziomu sprzedaży Cayenne. Jadąc Panamerą ulicą Marszałkowską w Warszawie ogłaszasz wszem i wobec: Odniosłem sukces, stać mnie na Porsche! Ale chciałem mieć samochód czteromiejscowy, bo jest wygodniejszy, ma bagażnik i w ogóle żona tylko na taki się zgodziła!
Kupując 911 ogłaszasz tylko pierwszą część zdania! Kupując Cayenne ogłaszasz, że chciałeś mieć duży samochód, a Porsche wybrałeś przy porównaniu z konkurentami (uważaj bo uwierzę)... Kupując Caymany i Boxstery nic nie ogłaszasz - za każdym razem, jak w rozmowie wyjdzie, że masz Porsche, twój rozmówca rozmarzonym wzrokiem spojrzy na Ciebie i zapyta: 911 czy Cayenne? Nie zdążysz odpowiedzieć, że masz Boxstera - wcześniej zapadniesz się pod ziemię.

Nie zrozumcie mnie źle - Panamera jest fajnym gagiem, żartem motoryzacyjnym - ale nie w naszym pięknym kraju. W Niemczech można go kupić i uchodzić w towarzystwie za ekscentryka kiepskim gustem, ale za to z jajem.W Polsce 911 jeszcze się nie opatrzyły, jeszcze nie jest ich za dużo! Kupmy najpierw odpowienią ilość prawdziwych Porsche, potem bawmy się w wynalazki!

Po pierwsze primo

Samochód to najwspanialszy wynalazek ludzkości. Właściwie w tym miejscu powinienem skończyć pierwszy post, gdyż jest to prawda, z którą nie można się nie zgodzić.
Można się krzywić, iż ludzkość wynalazła również F-16, rakiety kosmiczne i satelity, które są nieskończenie bardziej skomplikowane technicznie - ale to nie są wynalazki egalitarne. Wzdłuż ulic wylotowych większych miast nie ma placów wypełnionych używanymi helikopterami, czy lotniskowcami, co do zakupu których będzie nas przekonywał pan z wąsem i pecikiem. Gdybym na ulicach Timbuktu chciał znaleźć osobe, która będzie w stanie naprawić mój zepsuty defibrylator podręczny, to, obawiam się, szukał bym długo. Ale wystarczy, że w tym samym uroczym Timbuktu pojawię się dowolnym samochodem, to na każdej ulicy znajdę osobę, która wymieni mi w nim olej (przy okazji kradnąc pewnie kołpaki).
Osobniki w flanelowych koszulach z lekko zaprószonymi wąsem wargami górnymi na pewno kręcą teraz głową stwierdzając, iż to internet jest najwspanialszym wynalazkiem na świecie! To prawda, jest to bardzo fajna sprawa, można wysyłać maila do ludzi, których się nie lubi, można na naszej klasie obejrzeć, jak bardzo zbrzydły koleżanki ze szkolnej ławki i , jak się jest samemu w domu, można robić jeszcze wiele fajnych rzeczy... ale: mieszkaniec przedmieść New Delhi nie marzy o tym, aby pograć w sudoku na internecie, na Filipinach nie marzą o tym, aby poczytać Pantofelka - ale w każdym kraju i mieście są osoby, które marzą o tym, aby zasiąść za kierownicą czegokolwiek co ma cztery koła i jakiś silnik. To jest najbardziej skomplikowana rzecz, która jest dostępna na całym świecie! To jest urządzenie, które ma zastosowanie w każdej sferze geograficznej - skomplikowane na tyle, aby otaczał je pewnien nimb tajemniczości, ale na tyle proste, że każdy może o nim marzyć! Większość umie nimi ruszyć z miejsca (nie napisałem "prowadzić" ! ), znaczna część może to mieć - to jest dotykalny dowód na geniusz człowieczy!